Rzym odc 2

Od miesięcy, na dobrą sprawę od czasu powrotu z Indonezji, cała moja blogowa aktywność rozbija się o fundamentalne pytanie „po co?”, mające o zgrozo wątek „czy wypada?”.

I nie ma w nim nic z kokieteryjnej skromności liczącej na „oh nie!tak lubimy cię czytać!” komentarze (z pozdrowieniami dla rodziny, przyjaciół i nieskoligaconych czytelników). Jest w nim za to poważny dylemat egzystencjalny- bo kim teraz jestem? Żadna już podróżnicza blogerka, żaden weterynarz-bez-granic. Element napływowy turpistycznej Łodzi, walczący o przetrwanie na trudnym rynku zawodowym Polski kwitnącej w ruinie. Jest garść profesjonalnych wątpliwości- czy mi, przyszłej (miejmy nadzieję) specjalistce ds chorób zwierząt nieudomowionych, i (miejmy jeszcze większą nadzieję) kobiecie sukcesu, wypada rozpisywać się o tym, jak to sobie jeździ z plecaczkiem po świecie, pije zbyt ochoczo, śmieje się zbyt niepoważnie, imprezuje zbyt radośnie, a nade wszystko za dużo myśli, na tematy niedopuszczalne, zbyt często kwestionuje konsumpcyjno-karierowe dogmaty, zbyt niezdecydowana jest, a wyścig już przecież trwa. Jest również szczypta wątpliwości new-age’owo para-medytacyjnych- bo skoro całe to nasze życie, zdjęcia, przygody i wspomnienia, to marność i iluzja, to jaki sens mają wszystkie te moje dywagacje i przemyślenia? Żadnego.

DSC_1019

Jak widać zdecydowałam się jednak pisać🙂 Powodów jest kilka. (Oczywiście z perspektywy spokojnego centrum wszechświata zen, stąpającego po klindze rzeczywistości z kwiatem lotosu we włosach- wszystkie są absurdalnie nieistotne).

1- Lubię pisać, a po kilku miesiącach prób doszłam do dość wstydliwego wniosku, że po latach prowadzenia bloga pisanie dzienniczka-pamiętniczka do szuflady nie daje już takiej satysfakcji. Ewolucja ekshibicjonizmu.

2- Nawet jeśli próby przeczytania teraz jakiejkolwiek notatki z podróży po Tajlandii sprawiają, że mam ochotę schować się pod kocem, wejść do szafy i nigdy więcej nie pokazać się światu, tylko kontemplować okropność tamtych wpisów, to jednak jest to kopalnia wspomnień i ówczesnych spostrzeżeń, które inaczej dawno bym już zapomniała, a że cały czas noszę się z zamiarem napisania kiedyś książki (dzięki której stać mnie będzie na podróż do Ameryki Południowej i wszystkie imprezy i warsztaty tango jakie sobie wymarzę-hahaha! :P), mimo wszystko kiedyś mogą się przydać🙂 Poza tym dobrze organizują materiał. Łączą miejsca z ich nazwami. Archiwizują lepiej, niż zabałaganione, przepastne czeluście gigabajtów twardego dysku.

3- Nawet jeśli nigdy nie napiszę ksiażki, część tych notatek zatrzymuje więcej, niż fotografie. Niektóre wciąż nawet lubię.

DSC_0562

Tymczasem wypadałoby skończyć z Rzymem, gdyż wielkimi krokami zbliża się kolejny, zaskakujący, nieplanowany, brawurowo spontaniczny (żeby nie napisać durnowato bezmyślny) wyjazd. Francja! Alpy, Prowansja, ZOO-Safari! Będzie dużo zdjęć (i dużo słońca!). I ciepło!

DSC_0993

DSC_1007

DSC_0623

Z Rzymu oprócz kilku magnesów na lodówkę dla siebie i znajomych (tak, zbieram magnesy na lodówkę. Też mnie to śmieszy.), 500 zdjęć (w sumie niedużo) i spalonego nosa, przywiozłam sobie kilka włoskich określeń. Powinnam była przywieźć sobie również kilka zapasowych kilogramów zmagazynowanej energii, bo ilości konsumowanej pizzy i lodów urągały jakimkolwiek normom przyzwoitości, ale najwyraźniej chodzenie i jeżdżenie całymi dniami na rowerze naprawdę sporo spala. Poza tym nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu było tym razem integralną częścią zwiedzania (może nieumiarkowanie w piciu faktycznie nie jest wyjazdowym zjawiskiem bezprecedensowym…). Włoskiej kuchni nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, ani reklamować. Może tylko takim wariatkom jak ja, którym licznik kalorii bije w głowie na widok każdej gałki lodów z wielkimi kawałkami migdałów i gorzkiej czekolady (tam zresztą nie sprzadają lodów na gałki tylko… ile wafelek uniesie). Miałam jednak wspaniałego przewodnika po sycylisjkich, włoskich, rzymskich knajpach i restauracjach, był to więc wyjazd wielu dobrych kolacji. Poza tym uczepiło się mnie jakieś absurdalne skojarzenie, że oto i jest, moja własna historyjka w klimacie „Jedz, módl się i kochaj”. Co prawda ani książka, ani film mnie nie porwały, ale skojarzenie było niezwykle silne. Oto Bunik w Rzymie, niczym Julia Roberts, wpieprza dzikie ilości pizzy, uczy się ślicznych włoskich słówek i włóczy całymi dniami obserwująch żywiołowych Włochów, rozwrzeszczane tłumy turystów i leniwe koty. Co prawda żadna ze mnie Julia, ponadto Julii Roberts pisany był ostatecznie Javier Bardem, a mi… a mi nie🙂, ale mój spragniony romantyczno-literackich analogii umysł wychwycił jakieś podobieństwa. A lody, espresso łykane na stojąco przy stole, cappuccino i cannoli con la ricotta- były wspaniałe❤

DSC_0514

DSC_0618

DSC_0944

Dygresja o jedzeniu nie pozostaje bez związku z włoskimi słówkami, którymi częstowała mnie Magda. To jest naprawdę ciekawe, że większa kultura kulinarno-jedzeniowa przekłada się od razu na większe bogactwo jezykowe tą sferę opisujące. I tak Włosi mają nazwy dla zjawisk, które w Polsce co prawda występują, ale indywidualnej nazwy się nie doczekały.

Fame arretrata na przykład oznacza „skumulowany głód”. W sytuacji gdy- ktoś zaspał na śniadanie, nie miał czasu na lunch i do 18 jechał na samej kawie- gdy już ostatecznie dorwie się do jedzenia odezwie się w nim „fame arretrata”- pochłonie zawartość połowy lodówki, a nadal będzie głodny. Z kolei urocze „fame cimica„- to „głód spalonego”/ gastrofaza po-jointcikowa (ta oczywiście w Polsce nie występuje😛 i nikt nic o niej nie wie).

WP_20160526_15_39_06_Pronajlepsza kawa jest tam, gdzie największe tłumy klasy robotniczej, tanio i na obdrapanym blacie, jeśli w ogóle jest miejsce żeby usiąść

DSC_0675

DSC_0711

Nie samym jedzeniem jednak Włosi żyją. Włoska moda-wiadomo. Dobre ciuchy dobrze leżą tylko na dobrych ciałach. Nie ma zmiłuj. W świecie „Vogue” nie ma kompromisów. Dlatego też od początku wiosny Włosi katują „prova costume„- coś co u nas w kolorowych gazetach  opisuje „get ready for beach season”. „Prova costume” to przygotowywanie ciała na wakacje🙂

DSC_0650to zdjęcie nie oddaje w pełni powagi tematu „włoskiej mody”, ale ja byłam w szoku- to była cała ulica… cała długa ulica butików sakralnych

Na koniec kilka obrazków z Magdy magisterki. Niby każdy wie, jak kicha czy ziewa i jak pies mu szczeka (żeby nie uderzać w tony „nasze serca wszędzie biją jednako”), ale jak się okazuje każdy słyszy to jednak inaczej🙂

tumblr_ntdjto1Bdx1rcljqpo5_r1_500puk puk?

4bae875f94a5e085507bc49244e445f8

zieffff?

2014-04-30-tmgslideshow_xl1

CM3poZ6WIAAUkPm

2757875082c9fa7d8ca1cc504dbdb2e4

koty miauczą w esperanto🙂

A w następnym odcinku włoska minatura z Johnem Whitakerem! TYM Whitakerem😀

DSC_0775


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s