Tatry

3 dni.

Z tego wyjazdu najbardziej zapamiętam:

  • pakowanie się w 15 minut, z dudniącym sercem i szaleńczą euforią tłukącą się w głowie jak zwierze, które ma zaraz ma wyjść z klatki, w czasie gdy gdzieś poza tym zrywem dzikich emocji, metodycznie i machinalnie pakowałam plecak. Nie wiem jakim cudem udało się zabrać wszystko. Poza latarką. Zepsutą od kilku miesięcy. Najwyraźniej tak właśnie wygląda zwycięstwo id nad zdrowym rozsądkiem. High.
  • absolutnie olśniewające piękno gór i świata, którego nie da się zamknąć w żadnych słowach
  • papierosa palonego ostatniej nocy, o 4 nad ranem, przed Schroniskiem w Dolinie Pięciu Stawów. Prawdopodobnie jedyne 10 minut, kiedy w czasie mojego pobytu w górach, było widać gwiazdy.

dsc_3295-nef

Wszystko zaczęło się od tego, że miałam nie jechać. Zaprosili mnie, pocieszyliśmy się (dosyć to niezwykłe, żeby przygodna znajomość ze szlaku przetrwała roczną próbę czasu, ale widać w górach czas, ludzie i przypadki nabierają innego sensu i znaczenia), a potem uznałam, że jednak nie jadę. Smutno mi było, ale „dorosłość” to strefa rozsądku i kompromisów. Chroniczne niewyspana. Przewlekle przemęczona. Z budżetem wpadającym w zapaść hipowolemiczną na samą myśl o urlopowych planach (chyba za dużo książek weterynaryjnych ostatnio czytam, a za mało literatury pięknej:/ Plan urlopowy jest ambitny i „mega”.). Poza tym dwa dni później miałam bujać się po Polsce w egzotycznej dla mnie roli native przewodnika, a z racji tego, że wycieczka miała być rewanżem za fenomenalne wakacje we Francji- miałam ambicje być przewodnikiem fantastycznym… (ostatecznie byłam co najwyżej przewodnikiem przezabawnym… I native).

Pod naporem tych jakże rozsądnych argumentów uznałam, że nie jadę.

Nie jechałam uparcie.

Nie pomogło kilka rozmów i klikanaście smsów.

Nie jechałam tak bardzo!

Wyspać się chciałam. Zjeść normalne śniadanie, normalny obiad i normalną kolację, i wszystko to jednego dnia! A nawet poczytać gazetę pijąc kawę! Tak to sobie wymyśliłam.

dsc_3332

Był piątek po południu. Oni już wyruszyli. Wyszłam z pracy. Jechałam rowerem przez park. Na Zdrowiu- żółte liście na drzewach i na ścieżkach, deszcz wiszący w powietrzu, kałuże pod kołami- piękny to park, nawet w paskudną pogodę. Myślałam o tym, że przede mną dwa dni świętego spokoju, sprzątania mieszkania, spania i jedzenia… I nagle uderzyło mnie, że co ja w ogóle pierdolę?! Że przecież już za parę godzin mogę być w Tatrach. Z ludźmi, których lubię, podziwiam i szanuję (co samo w sobie już jest rzadkim połączeniem). Że będę w górach. Dzikich, pustych, przepięknych górach. Będę się męczyć, śmiać, marznąć, pocić, fotografować, pić, chodzić, chodzić, chodzić i chodzić… i rozmawiać. I milczeć. I niczego nie udawać, bo akurat tam, i z nimi, niczego nie muszę.

Jakie kurwa spanie? Jakie sprzątanie mieszkania?

Więc zadzwoniłam, że jednak jadę. I usłyszałam „czemu mnie to nie dziwi? :)”

Godzinę później siedziałam w samochodzie. Jechaliśmy przez noc. „Żart gonił żart” i było dobrze. Wycieraczki rozmazywały deszcz. Piliśmy ciepłą colę, bo zimnej nie było. Paliliśmy fajki, bo przecież żadne z nas nie pali. Wakacje. A potem dojechaliśmy na pierwszą imprezę. Ciężki, mokry śnieg skrzypiał pod butami.

dsc_3251

Miałam wrócić w niedzielę po południu. Wróciłam w poniedziałek nocą. Przemoczona. Przeziębiona. Tragicznie niewyspana. Kosmicznie szcześliwa.

Nie wlazłam nigdzie wysoko. Nie chodziłam nigdzie daleko. Dużo świeżego śniegu. Lawiniasto było i niebezpiecznie. I obłędnie pięknie. Może coraz mniej mi potrzeba do szczęścia. Żadnych wielkich szczytów. Żadnych wyczynów. Żadnych pików adrenaliny. Kilka udanych zdjęć. Kilka niezapomnianych widoków. Godzina ciszy i samotności gdy złote chmury przlewały się nad zaśnieżoną granią. Kilka dobrych imprez i jeszcze lepszych rozmów. Papieros w środku nocy z widokiem na gwiazdy i skrzący się śnieg, z człowiekiem, który również rozumie ten autodestrukcyjny romantyzm październikowych nocy.

Po tych wiwisekcyjnych wynurzeniach zmęczonego miastem, smogiem i betonem człowieka, który miał trzy dni by na nowo zachłysnąć się pięknem, czarem i przestrzenią gór, śniegu, mrozu i świata- zdjęcia. Z o tyle infantylną, co jawnie i oficjalnie, uwielbianą przeze mnie scieżką dźwiękową. Pokahontas- najbardziej hippie, zen i eko księżniczka Disneya.

https://www.youtube.com/embed/4udfZegF4RM

dsc_3278-nef

dsc_3279-nef

dsc_3293

dsc_3305-nef

dsc_3281

dsc_3306

dsc_3311

dsc_3292

dsc_3313

dsc_3315

dsc_3316

dsc_3318

dsc_3319

dsc_3322

dsc_3324-nef

dsc_3325

dsc_3335

dsc_3337-nef

dsc_3349

dsc_3347-nef

dsc_3270


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s