Kuba odc 1.

Podróż roku 2016.

Nie Rzym, nie Krym, nie Francja z przypadku, nie Maroko według planu, tylko Kuba.

Rzutem na taśmę, w grudniu. I w narodowej żałobie.

dsc_3743100% żałoby 🙂

Od kilku długich tygodni zastanawiam się, od czego by tu zacząć, bo był to wyjazd pod wieloma względami wyjątkowy i bardzo, bardzo rozwojowy. Abstrakcyjny i absurdalnie śmieszny, psująco alkoholowy, upajająco wakacyjny, dla mnie rozpieszczająco beztroski, ornitologicznie i fotograficznie nieprzyzwoicie wręcz udany, krajoznawczo w pełni satysfakcjonujący. Przede wszystkim jednak brutalnie uczący jednej, jedynej rzeczy, której wartość zawsze chciałam dewaluować: ile znaczy pieniądz?

Pieniądze to wybór. Pieniądze, to władza. Pieniądze, to wolność. Ja- środkowoeuropejski hippis pod skrzydłami szwajcarskiego globtrotera- roztrzaskałam się o marksistowski slogan, że to jednak „byt określa świadomość”. I żaden kraj nie dowiedzie tego lepiej, niż Kuba.

dsc_3891

(W tym miejscu jasnym już jest, że nie opiszę tej podróży od początku, choć jest on doskonałym przykładem surrealistycznej prozy życia. Jeśli „symetria jest estetyką głupców”, to chronologia tym bardziej).

Narracje w tej historii powinny być trzy.

Moja- dziewczyny granatem oderwanej od autostopa, która do tej pory uważała, że tylko koczując na krawężnikach, śpiąc po krzakach i podróżując w warunkach absolutnego minimum socjalnego- szlachetnie i przygodowo niedożywiona i nie pomalowana, zgięta w pół pod ciężarem plecaka i sprzętu fotograficznego, gardząca jakimikolwiek zorganizowanymi wycieczkami- tylko tak jestem w stanie poznać prawdziwe oblicze zwiedzanego kraju.

Damiena- który zjechał już pół świata, częściowo w sposób, jakim ja gardziłabym, podobnie jak on gardzi hippisami. Jak się jednak okazało, mimo burżujskich wygód dostępnych obywatelom Europy klasy A, o każdym z odwiedzonych krajów był w stanie powiedzieć dużo więcej i ciekawiej niż można wyczytać we wstępie „Lonely Planet”. Po dłuższym jeżeniu się i czajeniu w łanach wątpliwości wyszło mi nawet, że to naprawdę podróżnik, nie turysta. Un bon routard. Z wyrazami szacunku dla ludzi drogi.

dsc_3928

(To rodzi oczywiste pytanie, czy warto się katować dźwiganiem cuchnącego namiotu i kuchenki polowej, skoro jedząc w restauracji, śpiąc nie dość, że w łóżku, to jeszcze w pokoju z klimatyzacją, można osiągnąć podobne efekty antropologiczno-poznawcze. Oczywista odpowiedź brzmi- nie, jeśli nas stać, to nie warto. Podobnie jak nie warto wspierać lokalnych ekosystemów litrami własnej krwi, a potem zastanawiać się, czy to już żółta febra, czy jeszcze tylko kac. Z perspektywy czasu świadomość, że wieczorem na pewno coś się wynajmie, i będzie to czyste, z prysznicem i bezpieczne, wydaje się dużo przyjemniejsze niż ciągłe myślenie, czy, gdzie i w jakich warunkach uda się dziś rozbić namiot. Hej przygodo!… chyba się zurzyłaś.

To z pewnością starość. Połamany kręgosłup. Oportunistyczne, mainstreamowe wygodnictwo. Siwieję, tracę fantazję. Zaprzedaję hippi ideały. Pierwsze trzy dni krążyłam z aparatem po ulicach miast przekonana, że to nie ja, nie moje miejsce, nie moja bajka. Potem okazało się, że zdjęcia i tak mnie satysfakcjonują, ludzie i tak z nami rozmawiają, świat się nie kończy, ja nie umieram. Wciąż nazywałam to zdradą idei. Damien ewolucją. Elastycznością- podstawową cechą podróżnika).

dsc_4290

Głos trzeci- Kubańczyków, który docierał do mnie w lwiej części jako mowa zależna, bo mój mierny i bierny hiszpański nie dorósł jeszcze do roli najważnijszego narzędzia niedoszłego reportera.

Po tych 11 dniach podróży, w turystycznej bańce złudzeń (bo rząd Kuby robi wszystko, by zamknąć obcokrajowców w szklanej kuli bajek i miraży o wyspie jak wulkan gorącej, mojito płynącej, gdzie tylko salsa, cygara, palmy, plaże, rum, rumba, reggeton i piękne kobiety, a państwo w rozkwicie, mimo, że bez McDonalda, Starbucksa i Coca-Coli), wyjechałam z poczuciem, że ja nie mam pojęcia, jak ci ludzie tam żyją. „Bożenom na krańcu świata”, z którymi przez dwa dni bawiłam się w wakacje życia dziuń na Karaibach, finansowa logistyka kubańskiej egzystencji również wydawała się to nie do ogarnięcia. (Czego tu wymagać od blondynek :P)

15380711_10211530898978045_2577459250995530544_n 10 lat nic nie zmieniło, VIPy pozostały VIPami, Bunik Bunikiem 🙂

Zacznijmy od Elisy.

Elisę spotkaliśmy w Cienfuegos. Miała 29 lat i dziecko, ale zwykle mówiła, że ma 25 i dziecka nie ma. Ładna, szczupła- ja bym się nabrała. Mieszkała w Sagua la Grande. Zarabiała 17 euro miesięcznie. Była prawnikiem.

Elisa, Bożena-S i ja siedziałyśmy na murku maleconu (czyli takiej kubańskiej promenady), piłyśmy piwo i wyznając zasadę, że nie ważne jak, byle skutecznie, gestami i spanglishem usiłowałyśmy rozmawiać na tematy dla Elisy najważniejsze- czyli o pieniądzach i facetach. W tej kolejności. Elisa miała torebkę za 30 euro. I była z niej bardzo dumna (Michael Kors- marka wyspecjalizowana w produkcji na rynki, gdzie pożadanym jest, by logo przysłaniało produkt). Miała ją od swojego chłopaka, który uciekł na Florydę. Bite 45 minut Elisa wertowała zawartość swojej torebki, która (wzruszająco świadcząc o tym, że kobiety na całym świecie są takie same) zawierała wszystko. Od telefonu (30 euro), pudru (2 euro), perfum (Celin Dion- kontrabanda) i tuszu do rzęs, po papier toaletowy (rolka 50 centów), skarpetki na zmianę i zabawkę dla dziecka (prezent). Przy okazji Elisa poinformowała nas ile kosztuje farbowanie i ścięcie włosów, buty, paznokcie (akryl), jeansy i majtki (bawełna), noc z prostytutką i bilet na autobus. Elisa była niewątpliwie artystką życia i miała na sobie więcej, niż zarobiłaby w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Miała chłopaka w Miami. Obok siedział jej chłopak z Wenezueli (ten w Miami był daleko, poza tym ten z Wenezueli też miał dziewczynę w Wenezueli, więc problemu najwyraźniej nie było), a w swoim miejscu zamieszkania też miała jakiegoś bliższego kolegę. Wiadomo, mężczyźni się przydają. Ale przeceniać ich też nie ma sensu. Gdzieś między drugą a trzecią wyprawą „za górkę na siku” Elisa zapytała się, czy skoro nigdy nie miałam faceta z Wenezueli, to może chcę zaliczyć jej, bo ona nie ma nic przeciwko, a poza tym puknęłaby mojego kolegę, bo jej się podoba 😀 Przez chwilę zrobiło mi się bardzo dżunglowo i bardzo plemiennie. Przynajmniej o czymś takim czytałam gdzieś kiedyś u Cejrowskiego, albo Pawlikowskiej… albo diabli wiedzą gdzie, ale na pewno tam, nad głowami bohaterów, szumiała puszcza Amazońska, nie dudnił jednocześnie reggeron, Rhianna i Sia (embargo najwyraźniej nie dotyczy muzyki); nie pili piwa z puszki i nie mrużli oczu od świateł przejeżdżających samochodów. Były to też zwykle rozmowy, gdzie to wódz próbuje gościnnie rozdysponować wdzięki swojej żony, a nie laska w różowym topie oddelegowuje ci na noc swojego chłopaka.

dsc_4165

Tu pojawia się miejsce na krótką dygresję, jak na imprezach Kubańczycy przedstawiają swoich bliskich. Nie zaliczyliśmy jakiejś nieziemskiej liczby imprez, głównie z powodu tej nieszczęsnej żałoby, ale trendy są nie do przeoczenia. Oprócz „To moja żona”, zwykle można przy okazji usłyszeć „to matka moich dwóch najstarszych synów”, „To matka mojej córki”, „To moja przyjaciółka od tańca”… i wszyscy siedzą przy jednym stole. Może nie wszystkie promieniują radością (zwłaszcza te najstarsze, i zwykle wykładniczo najgrubsze), ale nie próbują wbijać sobie noży w plecy (a może już próbowały… a może wiedzą, że nie warto, bo przecież miłość jest kwestią czasu). Koniec dygresji.

Imprezy tak naprawdę stanowiły krótkie przerywniki w jeżdżeniu. Dla mnie podstawową determinantą udanego wyjazdu jest dużo jeżdżenia i dużo chodzenia. To był dobry wyjazd. Łaziliśmy. Patrzyliśmy. Ja pstrykałam.

Kuba jest ładna. Ta notatka nie może być o wszystkim, więc opisy wsi spokojnej, wsi wesołej i z konieczności super-eko-organicznej, pozostawię na bliżej niesprecyzowane później. Podobnie jak niezwykłą zabudowę miast, gdzie przepiękna kolonialna architektura sąsiaduje z topornymi gmachami soc-realu i niskobudżetowymi blokowiskami w typie „czar PGRu”.

Przede wszystkim Kuba jest upiornie biedna.

dsc_4126

Postkolonialne domy mają wysokie drzwi i ogromne okna z ażurowymi kratami. Wyglądają trochę jak wielkie klatki dla ptaków. Wieczorami wszysko jest otwarte na ościerz. Widać całe mieszkania. Mieszkania, w których zwykle nie ma praktycznie nic. Kolorowe ściany. Farba pęka, łuszczy się i artystycznie odłazi. Stolik. Parę krzeseł. Żarówka na kablu. Czasami choinka, bo święta. Czasami rower. Telewizory jak z muzeum techniki. Więcej śniegu, niż obrazu. Ekrany jak denka od słoików. (Mieliśmy telewizor w naszym pierwszym, obrzydliwym hotelu. Odbierał bodaj 8 kanałów. 5 emitowało dokumenty o życiu i twórczości Fidela, 2 były muzyczne, 1 puszczał jakąś telenowelę.)

dsc_3920

Samochody sprzed wieku są kubańską wizytówką. Wozy zaprzęgnięte w wynędzniałe koniki to niemal równorzędny środek transportu. Koni naprawdę żal. Pola dość często orze się pługiem zaprzęgnietym w woły. Za pługiem idą kobiety i czaple. Kobiety sadzą. Czaple polują.

Praktycznie nie ma sklepów. Turystyczne stragany w Trinidadzie czy Vinales wyglądają tak, jak każde inne na świecie, ale sklepy dla mieszkańców to w większości rozsiane gdzieś w bramach, na parterach kamienic ciemne przestrzenie, gdzie na prawdę ludzie przychodzą, gdy muszą.

dsc_3634

dsc_3684Che wybrał Pumę 😛
dsc_3991Francja elegancja, prawdopodobnie najlepszy butik w Cienfuegos i świąteczne szaleństwo zakupów

Byliśmy w kilku księgarniach, które w Europie nazwano by antykwariatami. Plaza de Armas w Havanie również zastawiony jest stoiskami z książkami. Prawdopodobnie wszystko, co kiedykolwiek napisał Che Guevara zostało już oficjalnie opublikowane. Fidel Castro nie życzył sobie kultu jednostki, ale kultowy był już przed śmiercią, więc „Fidel- portret nieznany” z ciepłym, jasnym zdjeciem El Comendante, na którym wygląda jak Saruman, za dawnych lat po dobrej stronie mocy, jest bestsellerem sezonu (a może i dekady). Poza tym można kupić „Starego człowieka i morze”- jak wiadomo Hemingway ugruntowywał swój alkoholizm właśnie na Kubie, m.in zachlewając się w barze kilka przecznic dalej (który do dziś oddcina z tego powodu kupony, i wspomniany jest w każdym przewodniku po mieście) i tu właśnie swoją najsłynniejszą nowelę napisał; kilka z pewnością ciekawych książek o Orishas (czyli najpowszechniejszej na kubie religii, stanowiacej fascynującą synkrazję katolicyzmu i plemiennych wierzeń afrykańskich, silniej wrośniętą w czarną magię niż jakikolwiek dekalog), historyczne wydania numerów National Geographic, bardzo, BARDZO dużo książek o historii rewolucji i bodaj pełną kolekcję publikacji Lenina (gdzie jeszcze można dziś kupić książki Lenina?). Widziałam też coś „by Paulo Koeljo”. Przy całej mojej anafilaktycznej nietolerancji na prozę Paula Koeljo- byłam pod wrażeniem. Paulo jest wszędzie. Dotarł dalej niż Coca-Cola.

dsc_3733

dsc_3729

dsc_4202rzekomo ulubiony bar Hemingwaya

Dostęp do internetu jest przygodą i wyzwaniem. Na WiFi poluje się jak na pokemony. Na Kubie WiFi rozsiewa feromony, które stadami zwabiają turystów. Turyści godzinami siedzą jak zaklęci na ławkach, murkach i krawężnikach, z nieprzytomnymi oczami lunatyków wlepionymi w niebieskawe ekrany komórek. Internet jest tak żadki i cenny, że chyba nikt nie narzeka, że cholernie wolny. Oczywiscie WiFi (dostarczane przez bardzo wielogwiazdkowe hotele, albo zjawiska nadprzyrodzone) nie jest „free”. Najpierw trzeba mieć specjalną kartę. Po kilku próbach wystania jej absurdalnie drogiej kolejce, wijącej się jeszcze daleko przed drzwiami biura kubańskiej telekomunikacji, kupiliśmy ją od konika. Kubańczycy korzystają z internetu rzadko. Ci, którzy pracują w turystyce, lub mają byłego-/niebyłego faceta w Miami, mają większą szansę na szmuglowany telefon i kasę na internet. Dla reszty to sprzęty poza finansowym zasięgiem.

dsc_3961„WiFi-owisko” w Trinidadzie

Brak telefonów, smartfonów, I-gadżetów, komputerów, gier i miliarda kanałów w telewizji ma niesamowity wpływ na dzieci. Na Kubie dzieci bawią się wieczorami na ulicach. Serio 🙂 Puszczają latawce, grają w piłkę, ganiają, biegają boso po takich nawierzchniach, że pewnie mają kopyta zamiast stóp, ale wydaja się być szczęśliwe.

dsc_3883

Dorośli wieczorami gadają, piją, palą i tańczą… I również wydają się być szczęśliwi. Kubańczycy zdecydowanie nie sprawiają wrażenia uciemiężonego narodu z kraju totalitarnego terroru. Zwykle są uśmiechnięci. Szczerze radośni. Pomocni. Przyjacielscy i rozmowni. Wypowiadali się raczej otwarcie i szczerze, choć w większości podziwiali, popierali, żałowali i opłakiwali Fidela, więc pozostawali zgodni z wytycznymi partii.

dsc_3826Na Kubie czeka się dużo. I na wszystko. Tu-czekanie na autobus.
dsc_3952Czekanie na Godota.

Tu muszę ostatecznie zrobić woltę i wrócić do wyjściowego twierdzenia, że byt określa świadomość. Sytuacja na Kubie została zarysowana. Teraz moje pokubańskie przemyślenia (z całą świadomością, że to najbardziej niekomercyjna notka na świecie, i tak się blogów nie pisze). Większość Kubańczyków, tych, którzy nie mają rodziny w USA, ani nie oszukują urzędu skarbowego (np. nie rejestrując nocujących w ich casa particulares turystów), żyje w biedzie. Wydają się jednak szczęśliwi. Ja mam nic. Ty masz nic… W Łodzi zaczeliby z tego budować fabrykę, w wielu innych polskich miastach zazdrościć każdemu, kto ma cokolwiek, na Kubie idą wieczorem do baru na rum i salsę. Mają dużo czasu dla siebie. Zdecydowanie mają bujne życie towarzyskie.

dsc_4177

Czyj system jest więc lepszy? Nasz? Który poniekąd nie zostawia mi wyboru i jeśli chcę przez 2 tygodnie pić rum i imprezować w tropikach, najpierw cały rok muszę tyrać grubo ponad etat, niewyspana, przemęczona i zestresowana. Czy ich, gdzie po prostu wieczorami pijesz rum i imprezujesz? Czy wszystko, co kupuję, jest mi tak elementarnie do szczęścia potrzebne? Ile i co bym kupowała, gdybym nie porównywała swojego stanu posiadania z innymi? Czy i w co bym inwestowała? Co mi tak naprawdę daje szczęście?

I gdyby ktoś w czasie mojego pobytu na Kubie, zabrał mi paszport i oświadczył, że od dziś, mam spokojną, nieobciążającą psychicznie, pewną pracę w jakimś narodowym przedsiębiorstwie, 17 euro miesięcznie- nie będę chodzić chłodna ani głodna, na kubańskie życie spokojnie wystarczy, i będę mogła codziennie cieszyć się długimi wolnymi wieczorami pełnymi rumu, salsy i rozmów o niczym… To próbowałabym uciec na Florydę nawet wpław. Bo dla mnie szczęście to wolność. Kraj, z którego nigdy nie wyjadę, nawet nie dla tego, że zły rząd nie da mi paszportu, ale dlatego, że przez całe życie nigdy nie oszczędzę wystarczającej sumy na bilet, jest więzieniem. Oczywiście można zjeździć cały świat, mieszkać na własnym jachcie i wciąż być niewolnikiem systemu i własnych dziwnych myśli. Zachód to jednak cywilizacja wyboru. Swobodny dostęp do informacji (jeszcze), książek, filozofii. Czasami trzeba się bardziej pogimnastykować, poszukać, ale nikt nie aresztuje nas za czytanie Kierkegaarda czy Kafki, ani nie skaże za „myślozbrodnię”. Jak Kubańczycy mają nie wielbić Fidela i rządów partii, skoro praktycznie nie mają rzadnego porównania? Nie wiedzą, że można inaczej. Wrośli w tą rzeczywistość i to ona jest ich naturalnym, oswojonym, więc bezpiecznym, środowiskiem.

dsc_3995Fidel, Che, gołąbki, upał na ulicach 🙂 Autoportret po rewolucji.

Moja definicja świadomości z pewnością diametralnie różni się od tej, głoszonej przez oświeconych. Podobnie jak moja wizja satysfakcjonującego życia. Oświeceni, to jednak garstka niezwykłych jednostek, którzy odnaleźli jakieś niewyobrażalne szczęście w samym fakcie istnienia. Wyjątkowe błogosławieństwo, z perspektywy człowieka, który uważa, że życie, by mieć wartość, musi mieć pewną jakość. I tą nieszczęsną jakość często można kupić. Jeśli więc świadomość jest sumą osobistych doświadczeń, wiedzy, przemyśleń, elsatycznością i otwartością umysłu, szerokością kąta spojrzenia na świat i pewnością wartości, które wyznajesz, to niemal zawsze wzlecisz wyżej, jeśli będziesz startować z poziomu finansowego komfortu.

Bez względu na to, czy jesteś Kubańczykiem przykutym do pługa, zamkniętym w socrealistycznym skansenie, czy Europejczykiem tyrającym na dwa etaty, po to, żeby 3/4 pencji wydać na rachunki, a resztę na jedzenie, tak zmęczonym, że szczątkowy czas wolny spędzasz na stand-by’u przed kompem, gapiąc się bezmyślnie na „cokolwiek”… jesteś w pułapce.

Nie wierzę, że można się prawdziwie wyrwać z ogólniepanującego konsumpcyjno-korporacyjnego systemu; możliwości wyboru i poczucie bezpieczeństwa mają wymierną cenę. W takim wypadku, żeby zachować i rozwinąć siebie, trzeba nauczyć się w tym systemie dobrze pływać.

Nie widzę nic poczciwego, ciepłego, szlachetnego, beztroskiego, spokojnego ani godnego w biedzie i ekonomicznym więzieniu.

I to są moje największe „wrażenia z Kuby” 🙂

dsc_4199

Przedostatniego wieczoru na Kubie usłyszeliśmy też historię pewnego lekarza. Był neurologiem. Miał kilkanaście lat doświadczenia. Pracował w szpitalu odległym kilkadziesiąt kilometrów od miasteczka w którym mieszkał. Zarabiał 50 euro miesięcznie. Bilet na autobus kosztował 50 centów. Do pracy dojeżdżał autostopem. Zakładał biały, lekarski fartuch i zwykle nie czekał długo. Kierowcy rozumieli powagę sytuacji. Lekarz. Jedzie na dyżur. Trzeba pomóc. Po pracy, z której również wracał na stopa, przebierał się i szedł do drugiej pracy. Hodował świnie. Miał je aż 3. Jedną na Boże Narodzenie. Jedną na Wielkanoc. I jedną na sprzedaż.

Lekarze to jedna z najlepiej zarabiajacych grup zawodowych na Kubie.

dsc_4117


5 thoughts on “Kuba odc 1.

  1. Wiedziałem,ze Kuba jest biednym krajem, ale sposób w jaki go opisałaś daje dużo do myślenia, czy świat , w którym żyjemy naprawdę jest lepszy, może wygodniejszy, ale za jaką cenę….. i czy wolność, którą my staramy się osiągnąć oni dawno już mają. Może faktycznie „byt określa świadomość”, może my uganiamy się za jakimś złudzeniem lub drogimi zabawkami, które wcale nie czynią nas szczęśliwymi a jedynie dają nam ułudę szczęścia i może powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie patrząc na tych ludzi czym naprawdę jest szczęście….i może dopiero wtedy zauważymy w jakiej klatce to my żyjemy 🙂

  2. Ciekawe na ile prawdziwa (a może raczej dogłębna) jej ta obserwacja Ani, że można być szczęśliwym na Kubie nie mając nic. Zakładając jednak ze jest to prawda, konsekwencje wydają się być całkiem budujące. Bo jak na Kubie, to dlaczego nie gdzie indziej, ludzie są przecież podobno tacy sami. No bo przecież można sobie wyobrazić nawet w Polsce osobę żyjącą w podobny sposób na obrzeżach społeczeństwa w jakimś biednym domu z paroma gratami. Wybór jest, można tak? Można! Kto wie, może być nawet łatwiej, państwo dorzuci tych parę groszy na stary telewizor albo jakieś ubrania no i na opał. I można się wtedy na poważnie zająć zastanawianiem na przykład czy idee platońskie istnieją na prawdę czy nie. Ale dla większości ludzi i tak to nie ma znaczenia, nawet dobrze że są czymś zajęci na dwa etaty i wieczorem nie mają na nic sił. Bo niby co by robili innego, zresztą wiadomo, dla większości w naszym klimacie z długimi zimowymi nocami i tak, i tak by się skończyło na wódzie.

    1. Obserwacja jest na tyle prawdziwa, na ile subiektywna 🙂 Myślę, że sposób postrzegania własnego dobrobytu, dobrostanu i szczęścia jest o tyle subiektywny, co często zależny od porównania siebie z otoczeniem i znajomymi. Tak przynajmniej sobie tłumaczę sentyment wielu starszych osób do czasów PRLu. Wszyscy klepali biedę, ale w tym „wszyscy” było bezpieczeństwo i stabilizacja. Nikt nie odstawał. Nikomu nie było czego zazdrościć. Nie trzeba było się po nic szarpać… a wiele osób wie, że nic tak nei gryzie jak własne niespełnione ambicje. Tam ambicje były niepotrzebne. Było za to dużo czasu na wódkę 🙂

    1. „Azja” to największy kontynent na świecie, i nie ryzykowałabym równania Korei Północnej, do Południowej, Indi do Indonezji, czy Tajlandii do Afganistanu, a wszystkiego do zbioru „kraje azjatyckie”. Niby można i geograficznie to poprawne… ale już kulturalnie całkiem inne światy. Moja lista „tak bardzo chcę jak najszybciej” waha się teraz między: Meksyk-Iran, Peru-Nepal, Argentyna-Japonia, Chile-Maroko… więc nawet o kierunek trudno. Kuba jednak nie rzuciła mnie na kolana. Było super, warto odwiedzić… ale nie ma u mnie miejsca na podium wśród krajów, które trzeba zobaczyć 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s