„Niebo, to nie jest miejsce dla naiwnych”

Leżałam na skale pod Teryho, i myślałam, że gdybym wcześniej zaczęła jeździć w Tatry w październiku, to niewiele świata bym zobaczyła. Wsiąkłabym. Jeździła tylko na południe. Pewnie zrobiłabym kurs taternicki. Pewnie nauczyłabym się wspinać. Może nie połamałabym nogi. Pewnie wszystko wyglądałoby inaczej.
Tymczasem była jesień. Złote drzewa w dolinie. Lato na „mojej” skale. Zima na przełęczy kilkaset metrów wyżej. Ciężki plecak i choć raz upojna lekkość bytu.

DSC_6248

Góry jesienią są niebezpieczne. Nie chodzi mi o niezwiązany śnieg, oblodzone skały, czy zejścia, gdy już na dole ryczy się ze strachu, bo na górze nie wypadało, a w połowie drogi nie było do tego warunków. To też. Góry jesienią zmieniają percepcję świata. Powietrze, pachnące śniegiem, kosówą i granitem. Przestrzeń i spektakularne widoki. Pustka. Ogłupiająca moc endorfin, adrenaliny i wódki. Wysiłek i satysfakcja. Może wpadłam też w złe towarzystwo, gdzie można po prostu „być”. Cieszyć się, tańczyć, bać, płakać, śmiać się i rozmawiać okrutnie naprawdę. Wszystko jest jakie jest. Zimno to zimno. Fajnie to fajnie. Lubię Cię lub nie. Kropka.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że człowiekowi wszystko zaczyna się wydawać absurdalnie proste. Bezlitośnie proste. Żyjesz tu i żyjesz teraz. Jesteś. Wiesz wszystko, co musisz wiedzieć, albo przynajmniej wiesz, kogo chcesz w danym wypadku posłuchać. Wszystko ma swoje konsekwencje, jak cenę przy metce, a ty choć raz wiesz, na co cię stać. To daje spokój. Złudzenie kontroli. A potem ta przećpana nadmiarem dopaminy i tlenu jasność umysłu zaczyna się rozpełzać. To nie jest Planeta Wakacje w innej galaktyce.  Życie z nizin odbija się echem w niekoniecznie łatwych rozmowach, nie zawsze chcianych wspomnieniach, strzępach snów i dymie z nocnych papierosów. I nagle nie można już zgrywać przed sobą zagubionej panienki, która „nie wie czego chce”, bo to totalnie nie pasuje, nie przystoi… i nie jest prawdą. Doskonale wiesz, czego chcesz. Wiesz, co czujesz. Tylko udajesz. Boisz się. Odpuszczasz sobie. Okłamujesz. Przede wszystkim siebie. Może w mieście ciężko jest się usłyszeć; złapać dystans; mieć czas, żeby pomyśleć o sobie, ale to tylko tłumaczenia.

Potem nieubłaganie zbliża się dzień zejścia w dolinę, na jakże banalny parking, do tak bardzo codziennego samochodu. Powrót. I pytanie, co teraz zrobić z tą nizinną egzystencją półśrodków, substytutów, gnijących kompromisów, udawanych afektów? Co zrobić z tymi hektarami pustki, które by po nich zostały? I czy faktycznie można się rozpakować z tej swojej starannie wydzierganej zbroi hartowanej cynizmem i ironią? Czy może tak jak w górach można żyć tylko w górach, bo codzienność jest dużo bardziej niebezpieczna?

Dobrze, że choć pracę mam fantastyczną. Nawet jeśli na co dzień zapominam to doceniać.

Ścieżką dźwiękową do zdjęć nie zostanie „piosenka wyjazdu”, bo byłoby to jednak zbyt pretensjonalne (nawet przy pełnej świadomości, że mam na koncie współudział w najgorszym wykonaniu Halleluya Cohen’a na świecie).

DSC_6184

DSC_6185

DSC_6195

DSC_6197

DSC_6176

DSC_6207

DSC_6203

DSC_6205

DSC_6212

DSC_6131

DSC_6192

DSC_6267

DSC_6160

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s